Dress to impress

pug-801826_1280

Hej Piękne!

Dawno temu (w listopadzie ;)) jednym z punktów mojego jesiennego wyzwania był „dzień strojnisi” – czyli włożenie maksimum wysiłku rano w dobranie stroju, aby cały dzień wyglądać możliwie jak najlepiej dzięki temu, co mam na sobie.

Jeden dzień nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, mimo, że dość często komplementowano mój strój. Zauważyłam jednak, że od tego czasu przykładam więcej wagi do tego, co danego dnia ubieram.

Czy mowa tylko o stroju do pracy? Absolutnie nie. Dotyczy to stroju na zakupy, spotkania, a także tak chętnie zaniedbywanego przez nas stroju „po domu”. Czy lubicie swój szary dres i wyciągniętą koszulkę? Może i lubicie. Czy czujecie się w nich pewnie i przebojowo? Tak myślałam 😉

Dziś kilka słów o znaczeniu ubioru w naszym kobiecym świecie i codziennym życiu. Będzie to wpis o tym, dlaczego zawsze (podkreślę – zawsze) warto dbać o to, co na siebie rano zakładamy.

W domowym zaciszu – domowa pułapka

Część z Was zapewne nie musi pojawiać się w pracy od poniedziałku do piątku w określonych godzinach. Pozdrawiam w tym miejscu freelancerki, blogerki, mamy na urlopie macierzyńskim, kobietki szukającego swojego miejsca pracy, studentki – czyli wszystkie te istoty, które mogą sobie pozwolić na komfort pracy z domu lub po prostu przebywanie w domu częściej niż inni.

Czyż nie kuszące jest chodzenie codziennie w tym samym albo podobnym stroju? Czy szary dres, miękkie papcie i luźno związany kok to nie kwintesencja relaksu? Jeśli to definicja codziennego stroju, to to raczej kwintesencja wygody/lenistwa i założę się, że raczej nie utożsamiacie Waszych dresów z relaksem.

Interesujące jest to, co dzieje się w naszym mózgu, gdy tak się ubieramy – gdy nasz codzienny wybór to dres i wyciągnięty T-shirt. Czy macie wtedy ochotę wyjść z domu? Czy, jeśli już wyjdziecie z domu (bo zabrakło cukru), to czy jesteście otwarte na spotkanie kogokolwiek znajomego? Czy czujecie się komfortowo w sklepie, kiedy macie wrażenie, że każdy patrzy tylko na Wasze nieuczesane włosy?

Taki ubiór sprzyja temu, aby zaszyć się w domu, włączyć Instagram i podziwiać piękne życie pięknych istot, jednocześnie bojąc się pójść do łazienki (bo przecież tam jest lustro!). Spada Wasza samoocena, spada zaangażowanie w kontakty międzyludzkie, a gdy ktoś zaproponuje Wam spotkanie tego dnia, w głowie pojawia się myśl: „O nie, przecież musiałabym się przebrać! Udam, że jestem chora albo, że muszę zrobić pranie!”

Czy takiej rzeczywistości chcecie dla siebie? Czy tak chcecie spędzać cenne dni Waszego życia (które macie tylko jedno)?

Może i dres jest wygodniejszy niż sukienka, ale Wasza samoocena bardzo zależy od tego, jak postrzegacie Wasz ubiór danego dnia.

Codzienność vs. specjalne okazje

Czy Wy też macie w szafie sukienki, spodnie, bluzki, koszulki i sweterki, których nie nosicie na co dzień, bo są zarezerwowane na „specjalne okazje”? Nie mówię tutaj o złotej sukience mini  bez pleców z dekoltem i z cekinami na całej powierzchni. Mówię o rzeczach dobrego gatunku, w które zainwestowałyście i których boicie się zniszczyć. Czekacie zatem na ten idealny moment, na tą jedną jedyną niepowtarzalną okazję, gdy w końcu będziecie mogły tę daną rzecz włożyć. Jak to się u mnie kończyło? Najlepsze rzeczy lądowały upchnięte na końcu szafy, gdzie czekały na swój czas, a na co dzień zakładałam te same jeansy i zmieniałam T-shirt, żeby nie było nudno. Motywacja do wyboru ubioru – na minusie. Radość z wkładanych rzeczy – bliska zeru. Samoocena – przeciętna.

Nadszedł dzień, gdy wyjeżdżaliśmy na dłuższe wakacje i musiałam się spakować. Zaczęłam rolować T-shirty, jeansy i im dalej się zagłębiałam, tym więcej ciuchów „na specjalne okazje” odkrywałam zapomnianych w szafie. Zdałam sobie sprawę, że są w niej rzeczy, których od momentu zakupu (czasem od dwóch lat) nigdy na sobie nie miałam. A na „specjalne okazje” do jeansów i T-shirtu dodawałam naszyjnik (żeby uczcić okazję). Wypakowałam więc standardową zawartość walizki, spakowałam same „specjalne okazje” i do dziś widzę na zdjęciach, że moja samoocena na tych wakacjach szybowała ponad jakimikolwiek obserwowanymi wcześniej normami. Od tego czasu nie ma dla mnie „specjalnych okazji”. Każdy dzień to „specjalna”, niepowtarzalna i jedyna okazja, by być najlepszą wersją siebie.

Jakość – cena, cena – jakość

Dopóki samemu się nie zarabia, to ten temat jest dość śliski i ciężko cokolwiek wyrokować. Jeśli jednak należysz do tych szczęśliwców, którzy dostają wynagrodzenie, zapewne decydujesz o tym, na co je wydajesz.

Kiedyś na słowo promocja reagowałam gorączką. Biegłam z obłędem w oczach w kierunku znaczka %. Koszulki za 12.99, swetry za 29.99, spodnie za 34.99 lądowały w mojej szafie przy każdej nadarzającej się procentowej okazji. Jak szybko lądowały, tak szybko się niszczyły – tutaj dziurka, tam skręcony szew, o tych wrednych kuleczkach niszczącego się materiału nie wspominając. Swetry z akrylu na przemian mnie gotowały i chłodziły w mroźne dni, wyglądając tak, jak bym je nosiła od podstawówki. Codziennie.

Kiedy zaczęłam interesować się podnoszeniem jakości życia, coraz częściej stykałam się z publikacjami na temat jakości noszonych ubrań, etapów i warunków ich produkcji, krajów pochodzenia. Moja świadomość wzrastała z miesiąca na miesiąc. Zaczęłam marzyć o kaszmirze i wełnie. Z nadzieją poszłam na zakupy i wróciłam z niczym, bo w starciu z metkami nie miałam szans.

Podłamałam się, ale nie na długo. Odkryłam dwa źródła dobrych gatunkowo rzeczy, z których korzystam do chwili obecnej. Pierwsze – second handy. Drugie – TKMaxx (lub TJMaxx w USA). Wyprawy te nie są łatwe i trzeba się uzbroić w cierpliwość, ale mojego wełnianego swetra nie oddałabym za dziesięć akrylowych. Bo wiecie, są swetry… i swetry. Wybór należy do Was i wcale lepsza jakość nie oznacza to pustego portfela.

 

Kończę wpis, z kubkiem liściastej zielonej herbaty w dłoni, w moim ulubionym wełnianym sweterku (na zewnątrz minus 13 stopni!) i moich ulubionych jeansach, które rano zdjęłam z suszarki. Mimo, że dziś zamierzam być w domu, to nie skusiłam się na szary dres i wczorajszą koszulkę. I czuję się z tym doskonale.

Czy Wy też macie może swoje ulubione miejsca zakupów, gdzie znajdujecie swoje ubraniowe perełki? Czy staracie się zwracać uwagę na skład noszonych przez Was ubrań? I – czy jest Wam dobrze z tym, co macie w szafie? A może pora do niej zajrzeć? 😉

2 Comment

  1. Zazwyczaj jak poznawałam najciekawsze osoby czy przeżywałam najfajniejsze rzeczy, to właśnie byłam – wg siebie – kiepsko ubrana, zmęczona i nawet niechętna iść w to miejsce. Pewnie zadziałało to, że nie miałam ciśnienia i dlatego przytrafiały mi się fajniejsze rzeczy, ale z drugiej strony zawsze już w trakcie czulam się źle, bo żałowałam, że nie poświęciłam tych 20 min więcej na fajne ciuchy albo ogarnięcie się xD Tak że… tak, warto. 🙂

  2. Jak ja Cię lubię czytać! <3 Kolejny temat na czasie 🙂 Masz rację, to jak wyglądamy siedząc w domu, wpływa na postrzeganie samego siebie. Sama przez to przechodziłam. Pracowałam w domu, i kiedy byłam zawalona pracą, potrafiłam prosto z łóżka wędrować do komputera, śniadanie przed kompem itd. Wyglądałam "cudnie", a z tyłu głowy cały czas kołatała myśl – żeby tylko nikt nie przyszedł (listonosz, itd itp), bo jak ja wyglądam. Bo w piżamie, nawet najfajniejszej, czułam się źle. A wystarczyłoby poświęcić 10 minut…
    Siedząc w domu, co prawda nie wykonuję pełnego makijażu, ale ma być czysto i ładnie, ale też wygodnie, bo mam manię siedzenia jak tzw paragraf, więc jeansy odpadają (tym bardziej, ze mam same wąskie).
    Od jakiegoś czasu przywiązuję wagę do jakości ubrań (i kolorów! ;)) . I jeśli tylko mam możliwość, to kupuję coś, co posłuży mi na długo.

Dodaj komentarz