Rano… to dla mnie noc?

fichtelberg-1048982_1280

Dzięki temu, że mam wolne, udało mi się drugi  raz położyć spać o 22. Wczoraj wstałam około 10 i dzisiaj w nagrodę o 6:17 mój organizm stwierdził – koniec spania!

Za oknem ciemno, na Instagramie pustki, tylko grzejnik spokojnie szumi. Wstałam, wzięłam relaksujący lawendowy prysznic, zrobiłam sobie ulubioną ostatnio herbatę (zielona z pigwą), zjadłam śniadanie (to wszystko jeszcze w półmroku porannym) i gdy teraz wpatruję się w monitorowe piksele, za oknem przepięknie wschodzi słońce.

Zapomniałam już, jak piękne są wschody słońca. Jak wiele się człowiekowi chce, gdy na nie patrzy. Jak magiczne są takie początki dnia.

Przy siarczystych mrozach, wyżach, gdy niebo jest czyściutkie, taki wschód maluje piękne krajobrazy na śniegu, oknach, budynkach, drzewach. Siedzę i wierzyć mi się nie chce, że dzieje się to codziennie. Codziennie wschodzi słońce w tak niezwykły sposób (choć czasem za chmurami).

Wiecie co? Podoba mi się to. Chcę tak częściej.

Co ciekawe, u sąsiadów z bloku naprzeciwko też powoli budzi się dzień. Pomału odsłaniają rolety, zasłony, przeciągają się. Wystawiają nosy sprawdzając, jak zimno dziś na zewnątrz. Czy to, co właśnie robię to jakaś składowa życia w zwolnionym tempie? Myślałam, że to jest przereklamowane, jak hygge. A tutaj niespodzianka.

Jeśli bardzo się czegoś chce i jest to w zasięgu naszych możliwości, to można to zrealizować. Budziku, od dzisiaj krócej śpisz 🙂

Dodaj komentarz